Chata/The Schack – BO NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO

Film obejrzałam niecały miesiąc temu i gdybym od razu po przyjściu z kina miała włączyć laptopa… z pewnością nie potrafiłabym sklecić jednego zdania. Oczywiście nie stanowi to wytłumaczenia dlaczego zabrałam się za to
D O P I E R O dzisiaj, jednak muszę przyznać, że zmotywowała mnie pewna piosenka, która znajduje się na liście z tego właśnie filmu (wstawię ją gdzieś na szarym końcu). Teraz kilka uwag technicznych: jak to zawsze u mnie bywa, nie zajmuję się na streszczaniem filmu, wymienianiem bohaterów (chyba, że ktoś mi ewidentnie podpadł, zarówno pozytywnie jak i negatywnie), gdyż od tego są po prostu inne strony. Całkiem dobre nawet. Skupiam się na wylewaniu swoich subiektywnych odczuć względem poszczególnych tytułów filmowych i tworzę przy tym coś w rodzaju pamiętnika do którego wklejam bazę przeróżnych emocji i myśli wywołanych grą, scenariuszem, muzyką i zdjęciami.

Z a p r a s z a m !

„Chata” – pozwolę cytować polski tytuł – jako film z tematyki religijno-dramatycznej nie zaskoczył mnie samym prowadzeniem akcji, melancholią i gotowością do stawiania egzystencjalnych pytań głównym bohaterom. Takie właśnie w swoim założeniu mają być te filmy, mają skłaniać do refleksji, wylewać łzy z oczu i powodować monstrualny ból głowy. 

Nawiasem mówiąc, nigdy nie zbliżyłam się z nikim w kinie (hehe), to jednak po tym seansie spokojnie mogę powiedzieć, że mam kilka nowych ‚koleżanek’, które z rozczuleniem w oczach oddawały mi swoje pachnące chusteczki, tym samym nie doznając uczucia przerażenia w momencie patrzenia na mą spuchniętą od wycia twarz >> Tak na marginesie: ręka do góry od wszystkich bab, które podobnie jak ja dosłownie puchną na buzi i robią wrażenie małych (odrzucam słowo SŁODKICH) pand na polu buraków. 

Wracając do filmu ważnym dla mnie odnośnikiem jest rysowany stosunek do ludzi wierzących i niewierzących. W „Chacie” są oni traktowani na równo i może się to wydawać banalne, jednak z tymi gatunkami wypada to różnie. Większość kierowana jest do ludzi znających miłość Boga, a nie jej poszukujących. Nasuwa mi się tu od razu tytuł „Bóg nie umarł”, gdzie scenariusz na ma celu udowodnić nam i pokazać, że On istnieje. Co oczywiście jest tak samo dobre… jednakowo w przypadku dzisiaj opisywanego tytułu, zaskoczyła mnie właśnie ta otwartość i możliwość wycofania się w dowolnym momencie. Oprócz tego oglądając historię na ekranie, ciężko jest nie odczuć zawodu, spowodowanego brakiem możliwości przeżycia podobnych wrażeń. Nie wiem czy ktokolwiek mnie zrozumie, jednak ja sama miałam „to coś”, co z jednej strony dawało mi siłę i zaszczyt, że jestem jedną z osób która wierzy. Z drugiej zaś strony zatęskniłam za tą realnością, która biła ze szklanego ekranu.

Właściwie powinnam to napisać na początku moich wywodów a nie w połowie, ale trudno. U w a g a ! Nie czytałam książki, na bazie której powstał ten film. Bardzo tego żałuję, bo pomimo mojego uczucia pełnego zadowolenia, dudniącego ognia i ulgi w sercu jestem przekonana, że odkryłabym coś nowego porównując historię z książką. Chociaż pewnie to tylko moje wrażenie wywołane sporą ilością stron przejrzanych na forum literackim, gdzie nie było chyba jednej osoby, która nie wychwalałaby tej pozycji pod niebiosa… właściwie to całkiem trafne porównanie. 

Odnośnie samych bohaterów występujących w filmie, chciałam wyrazić swoje ogromne zadowolenie z pracy castingowców, którzy do roli Boga wybrali właśnie Octavie SpencerPrawdopodobnie to przez jej spokój w głosie, bijące ciepło, rozczulające spojrzenie i pewność granej przez siebie postaci, tak dobrze czułam się z tym, że to ona gra główne skrzypce. Ani przez myśli mi nie przyszło, dlaczego na jej miejscu nie ma mężczyzny a nawet skłoniłabym się do opinii, że to specjalny zabieg który miał ukazać wcielenie Ojca w duszę każdego z nas, niezależnie od płci i wieku. 

Większych słów podziwu na temat roli Sama Worthingtona nie posiadam, gdyż zagrał on człowieka zwykłego, co samo przez się może stanowić formę komplementu. Jego zadaniem było ukazać przerażenie, zdumienie, strach, gniew, obojętność, zrozumienie, zaufanie i miłość jakoś w takiej kolejności. Wszystko to pokazał śpiewająco, dając przy tym przykład dla osób które częściej rezygnują niż podejmują trud poznania. 

Odnośnie zdjęć były one piękne ale dość przerysowane. Jednakże formą tego filmu było przedstawienie wymiaru świata, który z zasady ma być właśnie taki, czyli: magiczny, nieodkryty, tajemniczy i zaskakujący. Na sam koniec to co robi przynajmniej dla mnie 70-80% całokształtu odbioru = muzyka. Ścieżka dźwiękowa przepełniona nostalgią i dźwiękami bardzo spokojnymi z momentami uderzenia, które szczególnie w sali kinowej powodowały wspomniane wcześniej wybuchy płaczu. 

Podsumowując – „Chata” uraczyła mnie swoją wrażliwością, głębokością i podbudowała pewność jutra i tym samym dała oczyszczone spojrzenie na świadomość własnej codzienności. Zdaje sobie sprawę, że tak jak książki motywacyjne, tego typu gatunki działają krótkotrwale. To jednak mimo szybszego bicia serca tuż po seansie, rodzi się w nas ziarenko takich samych emocji, które muszą kiełkować nieco wolniej ale wciąż do takich samych rozmiarów. Ważne, by nie zalewać go wodą szarości i mieć na uwadze, że film to tylko przeniesiona scena, a życie to niekończąca się rola główna.

shack_0

The-Shack-Octavia-Spencer-Sam-Worthington11982-the-shack-trailer-2

  1 comment for “Chata/The Schack – BO NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO

  1. 26 kwietnia 2017 o 22:56

    No ja na odwrót, filmu nie widziałam, a czytałam książkę. Piękna. I jakoś nie umiem sobie wyobrazić jak wygląda jej ekranizacja. Myślę, że po jej lekturze bardzo rozczarowałabym się filmem, więc nie spieszy mi się do oglądania. Pozdrawiam :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *